07.06.1528 r. Miejscowość na terenie dzisiejszego Krakowa.
Jasnooka blondynka ubrana w z lekka przytartą płócienną spódnicę biegła przez ciemny las. Na policzkach pod osłoną nocy lśniły jej łzy, a jej usta wykrzywione były w grymas strachu i zdenerwowania.
Co jakiś czas niespokojnie odwracała głowę, by spojrzeć ile metrów dzieli ją od ludzi ją goniących. Łowców czarownic!
Ale ona nie była złą czarownicą! Była dobrą czarodziejką! Przecież nikomu nigdy nic złego nie zrobiła! Ale przecież kogo to obchodziło.
Była czarownicą i już! Nic tego nie zmieni. Nawet jej świętej pamięci babka. Także czarownica.
Kolejny raz odwróciła głowę i stwierdziła, że zgubiła swoich prześladowców.
Zwolniła kroku i zaczęła dochodzić do urwiska nie daleko płynącej tu rzeki.
Jeszcze tylko godzinę drogi.
Spojrzała na tarczę księżyca. Już prawie pełnia. Jest pewnie przed pierwszą w nocy – myślała.
Jej rozmyślenie przerwały czyjeś ciche kroki.
Powoli i najciszej jak umiała odwróciła się na pięcie aby spojrzeć w stronę odgłosów.
Jej piękne głębokie oczy zasnuły się zmęczeniem i strachem.
Odgłosy z głębi lasu stawały się coraz głośniejsze. Schyliła się po patyk, lecz naraz w chwili gdy się podnosiła obok jej stóp pojawia się wilk.
Wilk był maści szarej z oczami piwnymi, a jego pysk przyjaźnie pochylił się ku dłoni dziewczyny. Uspokojona sięgnęła ręką do wilka i podrapała go za uszami.
- Mój malutki – szepnęła. – Kochany! Dobrze, że jesteś! Chodź. Za niedługo będziemy bezpieczni.
Ty będziesz bezpieczna – mówiły jego oczy. – Ja jestem, ale i tak z tobą pójdę. Przecież od tego są przyjaciele, no nie?
- Tak malutki. Od tego są przyjaciele…
Co jakiś czas niespokojnie odwracała głowę, by spojrzeć ile metrów dzieli ją od ludzi ją goniących. Łowców czarownic!
Ale ona nie była złą czarownicą! Była dobrą czarodziejką! Przecież nikomu nigdy nic złego nie zrobiła! Ale przecież kogo to obchodziło.
Była czarownicą i już! Nic tego nie zmieni. Nawet jej świętej pamięci babka. Także czarownica.
Kolejny raz odwróciła głowę i stwierdziła, że zgubiła swoich prześladowców.
Zwolniła kroku i zaczęła dochodzić do urwiska nie daleko płynącej tu rzeki.
Jeszcze tylko godzinę drogi.
Spojrzała na tarczę księżyca. Już prawie pełnia. Jest pewnie przed pierwszą w nocy – myślała.
Jej rozmyślenie przerwały czyjeś ciche kroki.
Powoli i najciszej jak umiała odwróciła się na pięcie aby spojrzeć w stronę odgłosów.
Jej piękne głębokie oczy zasnuły się zmęczeniem i strachem.
Odgłosy z głębi lasu stawały się coraz głośniejsze. Schyliła się po patyk, lecz naraz w chwili gdy się podnosiła obok jej stóp pojawia się wilk.
Wilk był maści szarej z oczami piwnymi, a jego pysk przyjaźnie pochylił się ku dłoni dziewczyny. Uspokojona sięgnęła ręką do wilka i podrapała go za uszami.
- Mój malutki – szepnęła. – Kochany! Dobrze, że jesteś! Chodź. Za niedługo będziemy bezpieczni.
Ty będziesz bezpieczna – mówiły jego oczy. – Ja jestem, ale i tak z tobą pójdę. Przecież od tego są przyjaciele, no nie?
- Tak malutki. Od tego są przyjaciele…
07.06.2528 r. Miejscowość na terenie dawniejszego Tarnowa.
W uszach brzmiały jej ostatnie słowa matki, natomiast na policzkach nadal czuła ciepło po razie od bezimiennej osoby.
Najpierw biegła co sił w nogach, bijąc się z myślami, na dworzec. Wsiadła w autobus, który zawiózł ją do Krakowa, gdzie zacznie dążyć ku nowemu życiu. Stamtąd poleci już tylko do Francji, do Paryża, gdzie być może z otwartymi ramionami powita ją przyjaciółka matki.
Zamknęła oczy i pozwoliła sobie pofantazjować, lecz zamiast wizji przyszłości pojawił się sen z jasnooką blondynką, która biegła i uciekała przed łowcami. Po policzkach spływały jej łzy. Nie, nie jej łzy. Łzy dziewczyny ze snu.
Naraz poczuła jak ktoś nią potrząsa i coś do niej mówi.
- Proszę pani. Proszę pani. Niech się pani obudzi, bo spadnie pani z fotela.
Dziewczyna powoli otwiera oczy i napotyka wzrok przestraszonego pasażera.
- Och! Nareszcie. Usnęła pani i zaczęła się pani wiercić i kręcić, a potem jeszcze płakać. Stwierdziłem, że najlepiej będzie panią obudzić.
- Dziękuję bardzo panu. – Widząc pytające spojrzenie mężczyzny powiedziała: Nic mi nie jest.
- To dobrze. Dokąd pani jedzie? – spytał przyglądając jej się z nie ukrywaną ciekawością.
- Do Krakowa? – Nie była to odpowiedź, lecz pytanie. Nie lubiła, gdy ludzie zadawali jej takie pytania. - Zostaje tam pani? – dopytywał się.
- Nie. Potem jadę do Hiszpanii –skłamała – A pan?
- Ja? Ja jadę do Italii.
- Do Włoch? – poprawiła go.
- Tak. Właśnie.
- Aha. A można wiedzieć do jakiego miasta? – zapytała zaintrygowana.
- Paryż.
- O mój… - zaczęła, ale opanowała się pod wpływem wzroku mężczyzny, w którego oczach znów pojawiła się troska.
- Proszę panią. Na pewno nic pani nie jest?
- Nie. Dziękuję za troskę.
Najpierw biegła co sił w nogach, bijąc się z myślami, na dworzec. Wsiadła w autobus, który zawiózł ją do Krakowa, gdzie zacznie dążyć ku nowemu życiu. Stamtąd poleci już tylko do Francji, do Paryża, gdzie być może z otwartymi ramionami powita ją przyjaciółka matki.
Zamknęła oczy i pozwoliła sobie pofantazjować, lecz zamiast wizji przyszłości pojawił się sen z jasnooką blondynką, która biegła i uciekała przed łowcami. Po policzkach spływały jej łzy. Nie, nie jej łzy. Łzy dziewczyny ze snu.
Naraz poczuła jak ktoś nią potrząsa i coś do niej mówi.
- Proszę pani. Proszę pani. Niech się pani obudzi, bo spadnie pani z fotela.
Dziewczyna powoli otwiera oczy i napotyka wzrok przestraszonego pasażera.
- Och! Nareszcie. Usnęła pani i zaczęła się pani wiercić i kręcić, a potem jeszcze płakać. Stwierdziłem, że najlepiej będzie panią obudzić.
- Dziękuję bardzo panu. – Widząc pytające spojrzenie mężczyzny powiedziała: Nic mi nie jest.
- To dobrze. Dokąd pani jedzie? – spytał przyglądając jej się z nie ukrywaną ciekawością.
- Do Krakowa? – Nie była to odpowiedź, lecz pytanie. Nie lubiła, gdy ludzie zadawali jej takie pytania. - Zostaje tam pani? – dopytywał się.
- Nie. Potem jadę do Hiszpanii –skłamała – A pan?
- Ja? Ja jadę do Italii.
- Do Włoch? – poprawiła go.
- Tak. Właśnie.
- Aha. A można wiedzieć do jakiego miasta? – zapytała zaintrygowana.
- Paryż.
- O mój… - zaczęła, ale opanowała się pod wpływem wzroku mężczyzny, w którego oczach znów pojawiła się troska.
- Proszę panią. Na pewno nic pani nie jest?
- Nie. Dziękuję za troskę.
Niepewnie zapukała do drzwi salonu piękności, które otworzyła stara kobiecina.
- Nie widzi pani etykiety? Już dawno zamknięte – powiedziała groźnym głosem.
- Ale ja w innej sprawie - powiedziała
- Jakiej? - spytała z czymś na wzór ciekawości.
- Inde we – powtórzyła słowa matki.
- Dobrze. Wejdź.
- To pani jest Elżbieta Klauser? - spytała, aby upewniając się.
- Tak. A pani?
- Znała pani Natalię Czarną? – spytała z wyczuwalnym szacunkiem dla swojej matki.
- Tak.
- Jestem jej córką – uzupełniła.
- Dobrze. Mówiła mi, że kiedyś przyjdziesz. A teraz idź za mną.
Kobieta poszła klatką schodową do góry. Potem weszła do jednego z mieszkań i weszła do pokoju. Otworzyła zasuwaną szafę. Weszła do niej, odsunęła ubrania i wpisała kod otwarcia. Zaczęła iść wzdłuż długości szafy i doszła do szarej dykty. Wyjęła ją i zeszła ze schodka do pomieszczenia.
- Rozgość się – powiedziała. – I przy okazji odpowiadaj mi na pytania. Ile masz lat?
- Rocznikowo szesnaście – powiedziała ciekawie rozglądając się po pokoju, który wbrew jej wyobrażeniu nie był bezduszny.
- A ile chcesz mieć?
- Dziewiętnaście? – Nie była to odpowiedź, lecz pytanie, podczas którego z milczącym zapytaniem przyglądała się babinie.
- Imię? – Zbyła jej ciche pytanie kolejnym.
- To teraźniejsze? –Na powrót zaczęła rozglądać się po pokoju - Kinga.
- A jak chcesz mieć?
- Giesselle – odparła już pewniejszym głosem.
- Nazwisko?
- Simone.
- Pospolicie – stwierdziła kobieta kiwając głową z aprobatą - A imię matki?
- Świętej pamięci Marie Louisa.
- Ojciec? – dopytywała się.
- Rene Simone. Powiesił się po śmierci matki – recytowała swoje postanowione już informacje.
- Wykształcenie?
- Wyższe. Liceum. Na studia pójdę tam.
- A drugie imię? – spytała kobieta przypominając sobie, że zapomniała go wcześniej zadać.
- Julie.
- Dobrze. A więc witaj – spojrzała na kartkę ułożoną na jej kolanach - Giesselle Julia Simone. Od dziś zaczynasz swoje nowe życie…
- Nie widzi pani etykiety? Już dawno zamknięte – powiedziała groźnym głosem.
- Ale ja w innej sprawie - powiedziała
- Jakiej? - spytała z czymś na wzór ciekawości.
- Inde we – powtórzyła słowa matki.
- Dobrze. Wejdź.
- To pani jest Elżbieta Klauser? - spytała, aby upewniając się.
- Tak. A pani?
- Znała pani Natalię Czarną? – spytała z wyczuwalnym szacunkiem dla swojej matki.
- Tak.
- Jestem jej córką – uzupełniła.
- Dobrze. Mówiła mi, że kiedyś przyjdziesz. A teraz idź za mną.
Kobieta poszła klatką schodową do góry. Potem weszła do jednego z mieszkań i weszła do pokoju. Otworzyła zasuwaną szafę. Weszła do niej, odsunęła ubrania i wpisała kod otwarcia. Zaczęła iść wzdłuż długości szafy i doszła do szarej dykty. Wyjęła ją i zeszła ze schodka do pomieszczenia.
- Rozgość się – powiedziała. – I przy okazji odpowiadaj mi na pytania. Ile masz lat?
- Rocznikowo szesnaście – powiedziała ciekawie rozglądając się po pokoju, który wbrew jej wyobrażeniu nie był bezduszny.
- A ile chcesz mieć?
- Dziewiętnaście? – Nie była to odpowiedź, lecz pytanie, podczas którego z milczącym zapytaniem przyglądała się babinie.
- Imię? – Zbyła jej ciche pytanie kolejnym.
- To teraźniejsze? –Na powrót zaczęła rozglądać się po pokoju - Kinga.
- A jak chcesz mieć?
- Giesselle – odparła już pewniejszym głosem.
- Nazwisko?
- Simone.
- Pospolicie – stwierdziła kobieta kiwając głową z aprobatą - A imię matki?
- Świętej pamięci Marie Louisa.
- Ojciec? – dopytywała się.
- Rene Simone. Powiesił się po śmierci matki – recytowała swoje postanowione już informacje.
- Wykształcenie?
- Wyższe. Liceum. Na studia pójdę tam.
- A drugie imię? – spytała kobieta przypominając sobie, że zapomniała go wcześniej zadać.
- Julie.
- Dobrze. A więc witaj – spojrzała na kartkę ułożoną na jej kolanach - Giesselle Julia Simone. Od dziś zaczynasz swoje nowe życie…
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz