poniedziałek, 7 lutego 2011

Rozdział drugi - Wieża

09.06.1528 r. Miejscowość na terenie dzisiejszego Krakowa.

Jasnooka dziewczyna stanęła przy brzegu rwącej rzeki.
Wyciągnęła ręce do góry i wymówiła zaklęcie ochronne i odbębniające.
Nagle poczuła jak ziemia przesuwa się pod jej nogami, płynąc wraz z rzeką w stronę morza.
W ciągu najbliższych kilku dni dotrze do nowego miejsca, w którym, może wreszcie poczuje się jak w domu.

Wilk, który stał przy jej nogach zaczął pocierać łbem o jej uda.
- No już maleńki, nie bój się – uspokajała go. - Chodźmy zwiedzić wyspę.

Z lewej strony rozciągał się las iglasty, natomiast z jej prawej strony można było zobaczyć kawałek czyjegoś sadu. Od dziś jej sadu i kawałek ogródka warzywnego jakichś bogaczy.

- Zaraz rozpalę ognisko i zjemy ziemniaki – szepnęła pocieszająco.
Wilk pomerdał ogonem i pobiegł w stronę lasu upolować zwierzynę.
- Dobre zwierzątko, dobre… - powiedziała w zadumie czarownica.

09.06.2528 r. Miejscowość na terenie dawniejszego Paryża.
- Żartujesz sobie? – spytał oburzony Marcus.
- Nie.
- Naprawdę chcesz tam wyjść?
- Tak - odpowiadała na zadane w szoku przez Marcusa pytania.
- Na samą górę?
- Oczywiście – odpowiadała cierpliwie Giesselle. – Przeszkadza ci to?
- Nie no, skądże.
- To dobrze.
- Ale pójdę tam pod jednym warunkiem…
- Słucham.
- Wezmę ze sobą jeszcze kogoś.
- Dobrze. Kto to?
- Zobaczysz.
Marcus wyjął z kieszeni telefon z najnowszymi bajerami i ekranem 3D.
Wybierał numer i czekał aż automatyczna sekretarka wyśle sygnał.
Gdy już ten ktoś, kto miał być niespodzianką odebrał Marcus zaczął chodzić i rozmawiać z tym kimś.
Podczas rozmowy uśmiechał się szeroko i flirtował.
Odkładając słuchawkę cmoknął do niej trzy razy i włożył telefon do futerału.
- Za chwilę będzie. Akurat wychodzi ze sklepu.
- Którego?
- Nie będziesz wiedziała. Ale jest tu taki. Z dwieście metrów stąd…
- Aha.

Marcus w pewnej chwili zaczął machać jak opętany.
Skakał, a potem pobiegł w stronę idących tu młodzików.
Wśród nich był dość niski chłopak z piwnymi oczami i wpadającymi w rudy kolor brązowymi włosami.
Uśmiechnął się nieśmiało do niej i ucałował Markusa w policzek.
- To jest mój chłopak Erik McThrop, a to jest moja dziecinka, którą się muszę opiekować Giesselle Simone.
Giess bez mrugnięcia okiem podała rękę chłopakowi i uśmiechnęła się do niego.
- Cześć. Miło poznać - odparła zgodnie z prawdą, bo naprawdę nie miała nic do gejów, a w czasie jej pobytu we Francji polubiła, nieświadomie, jednego z nich.
- Mnie także - powiedział puszczając rękę Giesselle.
- Może już pójdziemy? Nie ma potrzeby przepuszczać więcej osób – stwierdził Marcus.
- Nie ma – zgodziła się Giesselle.
- Ile biletów? – spytała kasjerka.
- Trzy. Dwa ulgowe i jeden normalny… - powiedziała niepewnie i  spojrzała na Markusa.
- Zgadza się – potwierdził cichutko Erik.
- 31 euro – powiedziała kasjerka.
Gdy Giesselle sięgnęła do portfela Marcus dotknał jej ręki.
- Ja zapłacę.
- Nie trzeba.
- Ależ tak, jeśli nie chcę by Catherin mnie zwolniła. Sama dała mi pieniądze. Wprawdzie chętnie bym je zatrzymał, ale…
- Wiem. Jest ostra - przerwała mu uzupełniając jego myśli.
- Nie to chciałem powiedzieć.

- Ile jeszcze? Nogi mnie bolą – jojczał Marcus.
- Gdybyś spojrzał do góry, wiedziałbyś, że przed tobą są tylko dwa schodki – powiedziała słodkim głosikiem dziewczyna.
- Naprawdę? – spytał z nadzieją w głosie.
- Tak – odparł zdenerwowany już na niego Erik. – Strasznie wkurza ludzi – mruknął. – Ale całuje doskonale – uśmiechnął się.
- Może kiedyś, gdy już go zostawisz spróbuję, a wtedy powiem ci czy się z tobą zgadzam, czy nie. Zgoda? - spytała przedrzeźniając się z nim. Wciągu tej długiej wędrówki po schodach zdążyła polubić Erika.
- Po moim trupie – zaśmiał się.
- Dobrze. I tak mi na nim nie zależy. A na razie powiedz mi co teraz jest mo… Rany koguta – powiedziała po polsku – ale tu pięknie.
- Co? Rany koghuta? Co to znaczy?
- To takie powiedzenie. Mówi się tak gdy jest się na przykład czymś bardzo zaskoczony.
- A ty jesteś? - spytał.
- No pewnie! Przecież nie zawsze jest się na wieży.
- Kiedyś się przyzwyczaisz.
- Kiedyś na pewno…
- I co podoba ci się? - spytał Marcus, chcąc zwrócić na siebie uwagę.
- Jeszcze się pytasz! Pytasz! – poprawiła się z akcentem.
Przed nią rozciągał się cudny widok Paryża.
Uliczki rozciągały się w kształty przypominające ślimaki, a zieleń co jakiś czas przebijała się przez szarość budynków, a całości wesołość dodawało niebo, które pod wpływem zachodu słońca mieniło się w różnych kolorach.

Stali tak obserwując jak całe miasto ożywa wraz z nastaniem wieczoru.
Ludzie zapalali w domach światła, na ulicach zapalały się reklamy, a chodniki pęczniały od ludzi wychodzących lub wchodzących do kin i teatrów.
Giesselle stwierdziła, że nigdy nie zapomni tego widoku.

09.06.1528 r. Miejscowość na terenie dzisiejszego Krakowa.

Wyspa otoczona niewidzialną powłoka płynęła w dół rzeki co jakiś czas unosząc się nad ziemią, aby przelecieć do kolejnej rzeki. Płynęła ona bardzo szybko, ale jasnooka i wilk nie czuli tego.
Były to czary.
Czary jakich nikt nigdy nie zaznał.
Nie było to Salem, w którym zabito niewinne osoby, które były roztrzęsione, a nie, nawiedzone.
Gdy słońce zaszło poza linię horyzontu dziewczyna wtuliła się w zwierzę i usnęła.
Śniła jej się dziewczyna trzymająca w ręku coś dziwnego.
Przykładała do tego ucho i rozmawiała przez to.
Na jej twarzy było widać wyraźny strach, który tak bardzo usiłowała ukryć.
Jej oczy były rozbiegane i nie wiedziały na czym się zatrzymać.
Stała ona przed jakimś zamkiem, przed którym stał jeden lub kilka trójkątów.
Mogło to być szkło lub diament, ale nie była pewna.
W pewnym momencie dziewczyna spojrzała jej w oczy.
Tamta miała szare oczy wpadające w odcień błękitu. Oczy te były małe, ale przenikliwe.
Czarownicę podczas snu przeszył dreszcz.
Ta jedna sekunda ciągnęła się w nieskończoność, aż w końcu szarooka odwróciła się i zaczęła zmierzać w kierunku wejścia do zamku.
Po drodze wypuściła z rąk dziwne coś i zaczęła biec, a na ziemi, po której biegła zostawały mokre ślady.
Ślady łez.

Jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki czarownica wstała cała zlana potem budząc wilka.
Ten popatrzył na nią groźnie, lecz, gdy zobaczył jej łzy zamachał kilka razy przyjaźnie łapą i polizał ją po twarzy.
Dziewczyna szybko otarła łzy z twarzy, uśmiechnęła się do zwierzęcia i delikatnie go pchnęła aby się położył.
- Już północ, prawie pełnia, idź spać.

wtorek, 30 listopada 2010

Rozdział pierwszy - Kamienne Zmęczenie

08.06.2528 r. Miejscowość na terenie dawniejszego Paryża.

Stanęła przed wielkim, białym dworkiem. Mógł mieć on około dwustu lat, lecz na tyle nie wyglądał.
Okalały go ułożone w okrąg rzędy jodeł i sosen. A przy ceglanym, wysokim na pięć metrów murze stała kobieta ubrana w czarne spodnie skrojone zgodnie z najnowszą modą oraz w białą, falbaniastą koszulę.
Jej usta wykrzywione były w delikatny uśmiech. Kazała jej się do niej zbliżyć oraz ochronie powiedziała aby ją zostawili.
- Jak śmiem twierdzić jesteś Kinga Czarna – nie było to pytanie.
- Nie. Tak. To znaczy teraz nazywam się Giesselle Simone.
Kobieta kiwnęła z aprobatą głową i powiedziała:
- Pospolicie.
- Wiem - szepnęła z delikatnym strachem.
- Chcesz się w topić w tłum?
- Tak - kiwnęła głową.
- Dobrze. A teraz chodź. Pokażę ci twój pokuj.
Giesselle kiwnęła głową i ruszyła za kobietą.
- Marcus, weź jej torbę - rozkazała chłopakowi stojącemu w cieniu drzew.
- Robi się.
- Nie ‘’robi się’’ tylko ‘’Oczywiście’’.
- Tak jest proszę pani – zasalutował.
- Marcus, ile razy mam ci powtarzać, że…
- Mam się wyrażać należycie - przerwał gustownej kobiecie.
- Jak nagle…
- Madame, ja wiem.
- Nie przerywaj!
Kobieta szczypnęła Marcusa w ramię.
- I weź w końcu jej tą torbę. Dziecina zaraz się o nią potknie i upadnie na twarz. A szkoda tak pięknej twarzy, czyż nie?
- Oczywiście, madame.
- Przepraszam cię, Giesselle. Jak widzisz mój pomocnik, od wszystkiego, jest niezbyt dobrze wychowany, ale za to nie zawodny.
Widząc rozpromienienie na twarzy mężczyzny, kolejny raz go walnęła w ramię i powiedziała teatralnym szeptem:
- No mój kochany, tylko sobie słodziudki za dużo nie myśl…
- Tak che…madame.
- Ja? Cher? Słodka? Kochana?Ja nigdy nie byłam słodeńka. Licz się ze słowami, chłopcze…
- Tak madame.

Stanęły przed drewniano-metalowymi drzwiami. Drzwi te były ozdobione kilkoma wytłoczonymi postaciami pośród wężów.  
Kobieta pchnęła je delikatnie i jak się wydawało Giesselle z coraz większym uśmiechem na ustach weszła do nie pokoju, a apartamentu.
Był on w stonowanych barwach zieleni i błękitu wpadającego w turkus.
Powoli i niepewnie weszła do niego rozglądając się do okoła.
- Ale…- zaczęła.
- Wielki?
- Coś w tym stylu - kiwnęła głową Giesselle.
- Rozgość się, a ja w tym czasie poproszę kucharkę aby zrobiła o jedną porcję więcej posiłku. Jesz mięso?
- Zależy jakie.
- Rybie? - spytała.
- Jem.
- To dobrze.
- Zobaczymy się na obiedzie. Zejdź o wpół do trzeciej do jadalni. Marcus cię oprowadzi za godzinę.
- Dobrze.

Po wyjściu Catherin Giesselle rzuciła się na łóżko aby zrobić sobie południową drzemkę po długiej podróży. Będzie miała dużo czasu na zwiedzanie.
Ledwo zamknęła oczy jej oczom ukazał się obraz jasnookiej dziewczyny…

08.06.2528 r. Miejscowość na terenie dzisiejszego Krakowa.

Stanęła przy rzece i zamknęła oczy podnosząc swoje ręce do góry.
Po cichu wymówiła zaklęcie oddzielające kawałek ziemi od kontynentu.
Nazwie ją wyspą Gidie.

Tam gdzie lasu skrawek okala ścieżkę życia.
Tam gdzie czuje się dobrze, pomimo ciemności.
Tam gdzie woda otoczy i oczyści życie.
Tam doznam bezpieczeństwa stając się dobra dla życia.

Ziemia zaczęła delikatnie przesuwać się, a z drzew wyleciało stado ptaków, robiąc przy tym duży hałas.
Otworzyła oczy i okręciła się w wokół siebie.
- Niesamowite – szepnęła.

08.06.2528 r. Miejscowość na terenie dawniejszego Paryża.

Ze Snu wyrwało ją głośne pukanie.
- Wejść! – krzyknęła.
Drzwi delikatnie uchyliły się, a w nich ukazała się twarz Markusa.
- Przepraszam. Obudziłem panią?
- Nie – skłamała.
- Przecież widzę.
- Tak, obudził mnie pan.
- Mów mi ‘’Marcus’’.
- Dobrze. A ja jestem ,,Giesselle’’.
- Wiem - kiwnął głową.
- Jesteś gotowa na zwiedzanie? - zapytał opierając się o drzwi. Zdaniem Giesselle...no dobrze bądźmy szczerzy. Zdaniem wszystkich nie wyglądał jak służący, a tym bardziej jak lokaj.
- Miasta czy domu? – spytała z delikatnym uśmiechu.
- Dziś domu, ale jeśli będziesz chciała mogę Cię jutro oprowadzić po Paryżu.
- To chodź.
Wyszli z pokoju.
Giesselle dreptała za Markusem starając się trzymać z boku.
- Tu jest jadalnia, salon, główna łazienka, ale ty swoją masz przy malutkim, swoim salonie.
- Mówi się… - zaczęła go poprawiać, lecz przerwał jej:
- I ty przeciwko mnie? - spytał z dziwnym uśmiechem.
- Niestety - ułożyła usta w filuteryjny grymas.

Zaraz po godzinnym chodzeniu po wielkim, choć to za mało powiedziane. Po olbrzymim dworze legła na łóżku i zasnęła twardym, bezsennym snem.

- Giesselle. Giesselle Simone!
Usłyszała walenie do drzwi. Znów!
- Tak?
- Giesselle! Obiad!
- Wejdź i nie krzycz – mruknęła niedobudzona.
Drzwi uchyliły się.
- Madame czeka na panią… to znaczy na ciebie.
- Już schodzę - mruknęła, spuszczając nogi z łóżka i wkładając je w, jej zdaniem, pasujące do tego domu pantofelki.
- Nie wypada się spóźniać. Z lewej strony łóżka leży budzik a z prawej budzik z radiem. Następnym razem włącz któryś z nich.
- Dobrze - kiwnęła głową wlokąc się w stronę jadalni.

- U mnie nie wolno się spóźniać – rzekła Catherine. – Usiądź. Nie musisz stać, gdy mówię. Marcus odsuń jej krzesło.
 - Się robi.
- Oczywiście…-poprawiła go.
- Oczywiście.
- Mario. Podaj jedzenie – rozkazała.
Wniesiono miseczkę do płukania rąk oraz ściereczki. Następnie rosół.
- Giesselle, chciałam cię zapytać o to wcześniej lecz nie było okazji. Zastanawiałaś się nad karierą modelki? – spytała po wyniesieniu drugiego dania.
- Nie, nie myślałam.
- To pomyśl. Masz ładną twarz, długie nogi i tyle co trzeba. Nie mówię, że nie przydałoby ci się poćwiczyć, ale zawsze można zacząć, co nie? - spytała.
- Ma pani rację.
- Dobrze. Teraz już jedz deser. A, i ściągnij łokcie ze stołu.

Po obiedzie nie była w stanie myśleć o propozycji Catherine. Od razu padła na twarz kolejny raz przysypiając kamiennym snem.
Po raz kolejny śniła jej się jasnooka blondynka i jej zwierzę…

Prolog

07.06.1528 r. Miejscowość na terenie dzisiejszego Krakowa.
 Jasnooka blondynka ubrana w z lekka przytartą płócienną spódnicę biegła przez ciemny las. Na policzkach pod osłoną nocy lśniły jej łzy, a jej usta wykrzywione były w grymas strachu i zdenerwowania.
Co jakiś czas niespokojnie odwracała głowę, by spojrzeć ile metrów dzieli ją od ludzi ją goniących. Łowców czarownic!
Ale ona nie była złą czarownicą! Była dobrą czarodziejką! Przecież nikomu nigdy nic złego nie zrobiła! Ale przecież kogo to obchodziło.
Była czarownicą i już! Nic tego nie zmieni. Nawet jej świętej pamięci babka. Także czarownica.
Kolejny raz  odwróciła głowę i stwierdziła, że zgubiła swoich prześladowców.
Zwolniła kroku i zaczęła dochodzić do urwiska nie daleko płynącej tu rzeki.  
Jeszcze tylko  godzinę drogi.
 Spojrzała na tarczę księżyca. Już prawie pełnia. Jest pewnie przed pierwszą w nocy – myślała.
Jej rozmyślenie przerwały czyjeś ciche kroki.
Powoli i najciszej jak umiała odwróciła się na pięcie aby spojrzeć w stronę odgłosów.
Jej piękne głębokie oczy zasnuły się zmęczeniem i strachem.
Odgłosy z głębi lasu stawały się coraz głośniejsze. Schyliła się po patyk, lecz naraz w chwili gdy się podnosiła obok jej stóp pojawia się wilk.
 Wilk był maści szarej z oczami piwnymi, a jego pysk przyjaźnie pochylił się ku dłoni dziewczyny. Uspokojona sięgnęła ręką do wilka i podrapała go za uszami.
- Mój malutki – szepnęła. – Kochany! Dobrze, że  jesteś! Chodź. Za niedługo będziemy bezpieczni.
Ty będziesz bezpieczna – mówiły jego oczy. – Ja jestem, ale i tak z tobą pójdę. Przecież od tego są przyjaciele, no nie?
- Tak malutki. Od tego są przyjaciele…
07.06.2528 r. Miejscowość na terenie dawniejszego Tarnowa.
W uszach brzmiały jej ostatnie słowa matki, natomiast na policzkach nadal czuła ciepło po razie od bezimiennej osoby.
Najpierw biegła co sił w nogach,  bijąc się z myślami, na dworzec. Wsiadła w autobus, który zawiózł ją do Krakowa, gdzie zacznie dążyć ku nowemu życiu. Stamtąd poleci już tylko do Francji, do Paryża, gdzie być może z otwartymi ramionami powita ją przyjaciółka matki.
Zamknęła oczy i pozwoliła sobie pofantazjować, lecz zamiast wizji przyszłości pojawił się sen z jasnooką blondynką, która biegła i uciekała przed  łowcami. Po policzkach spływały jej łzy. Nie, nie jej łzy. Łzy dziewczyny ze snu.
Naraz poczuła jak ktoś nią potrząsa i coś do niej mówi.
-  Proszę pani. Proszę pani. Niech się pani obudzi, bo spadnie pani z fotela.
Dziewczyna powoli  otwiera oczy i napotyka wzrok przestraszonego pasażera.
-  Och! Nareszcie. Usnęła pani i zaczęła się pani wiercić i kręcić, a potem jeszcze płakać. Stwierdziłem, że najlepiej będzie panią obudzić.
-  Dziękuję bardzo panu. – Widząc pytające spojrzenie mężczyzny powiedziała: Nic mi nie jest.
-  To dobrze. Dokąd pani jedzie? – spytał przyglądając jej się z nie ukrywaną ciekawością.
-  Do Krakowa? – Nie była to odpowiedź, lecz pytanie. Nie lubiła, gdy ludzie zadawali jej takie pytania. -  Zostaje tam pani? – dopytywał się.
 - Nie. Potem jadę do Hiszpanii –skłamała – A pan?
-  Ja? Ja jadę do Italii.
-  Do Włoch? – poprawiła go.
-  Tak. Właśnie.
-  Aha. A można wiedzieć do jakiego miasta? – zapytała zaintrygowana.
-  Paryż.
-  O mój… - zaczęła, ale opanowała się pod wpływem wzroku mężczyzny, w którego oczach znów pojawiła się troska.
-  Proszę panią. Na pewno nic pani nie jest?
 - Nie. Dziękuję za troskę.
Niepewnie zapukała do drzwi salonu piękności, które otworzyła stara kobiecina.
- Nie widzi pani etykiety? Już dawno zamknięte – powiedziała groźnym głosem.
 - Ale ja w innej sprawie - powiedziała
-  Jakiej?  - spytała z czymś na wzór ciekawości.
-  Inde we – powtórzyła słowa matki.
-  Dobrze. Wejdź.
-  To pani jest Elżbieta Klauser?  - spytała, aby upewniając się.
- Tak. A pani?
-  Znała pani Natalię Czarną? – spytała z wyczuwalnym szacunkiem dla swojej matki.
- Tak.
- Jestem jej córką – uzupełniła.
- Dobrze. Mówiła mi, że kiedyś przyjdziesz. A teraz idź za mną.
Kobieta poszła klatką schodową do góry. Potem weszła do jednego z mieszkań i weszła do pokoju. Otworzyła  zasuwaną szafę. Weszła do niej, odsunęła ubrania i wpisała  kod otwarcia. Zaczęła iść wzdłuż długości szafy i doszła do szarej dykty. Wyjęła ją i zeszła ze schodka do pomieszczenia.
- Rozgość się – powiedziała. – I przy okazji odpowiadaj mi na pytania. Ile masz lat?
- Rocznikowo szesnaście – powiedziała ciekawie rozglądając się po pokoju, który wbrew jej wyobrażeniu nie był bezduszny.
- A ile chcesz mieć?
- Dziewiętnaście? – Nie była to odpowiedź, lecz pytanie, podczas którego z milczącym zapytaniem przyglądała się babinie.
-  Imię? – Zbyła jej ciche pytanie kolejnym.
- To teraźniejsze? –Na powrót zaczęła rozglądać się po pokoju - Kinga.
-  A jak chcesz mieć?
-  Giesselle – odparła już pewniejszym głosem.
-  Nazwisko?
-  Simone.
- Pospolicie – stwierdziła kobieta kiwając głową z aprobatą -  A imię matki?
- Świętej pamięci Marie Louisa.
- Ojciec? – dopytywała się.
- Rene Simone. Powiesił się po śmierci matki – recytowała swoje postanowione już informacje.
- Wykształcenie?
- Wyższe. Liceum. Na studia pójdę tam.
- A drugie imię? – spytała kobieta przypominając sobie, że zapomniała go wcześniej zadać.
- Julie.
- Dobrze. A więc witaj – spojrzała na kartkę ułożoną na jej kolanach -  Giesselle Julia Simone. Od dziś zaczynasz swoje nowe życie…