09.06.1528 r. Miejscowość na terenie dzisiejszego Krakowa.
Jasnooka dziewczyna stanęła przy brzegu rwącej rzeki.
Wyciągnęła ręce do góry i wymówiła zaklęcie ochronne i odbębniające.
Nagle poczuła jak ziemia przesuwa się pod jej nogami, płynąc wraz z rzeką w stronę morza.
W ciągu najbliższych kilku dni dotrze do nowego miejsca, w którym, może wreszcie poczuje się jak w domu.
Wilk, który stał przy jej nogach zaczął pocierać łbem o jej uda.
- No już maleńki, nie bój się – uspokajała go. - Chodźmy zwiedzić wyspę.
Z lewej strony rozciągał się las iglasty, natomiast z jej prawej strony można było zobaczyć kawałek czyjegoś sadu. Od dziś jej sadu i kawałek ogródka warzywnego jakichś bogaczy.
- Zaraz rozpalę ognisko i zjemy ziemniaki – szepnęła pocieszająco.
Wilk pomerdał ogonem i pobiegł w stronę lasu upolować zwierzynę.
- Dobre zwierzątko, dobre… - powiedziała w zadumie czarownica.
09.06.2528 r. Miejscowość na terenie dawniejszego Paryża.
- Żartujesz sobie? – spytał oburzony Marcus.
- Nie.
- Naprawdę chcesz tam wyjść?
- Tak - odpowiadała na zadane w szoku przez Marcusa pytania.
- Na samą górę?
- Oczywiście – odpowiadała cierpliwie Giesselle. – Przeszkadza ci to?
- Nie no, skądże.
- To dobrze.
- Ale pójdę tam pod jednym warunkiem…
- Słucham.
- Wezmę ze sobą jeszcze kogoś.
- Dobrze. Kto to?
- Zobaczysz.
Marcus wyjął z kieszeni telefon z najnowszymi bajerami i ekranem 3D.
Wybierał numer i czekał aż automatyczna sekretarka wyśle sygnał.
Gdy już ten ktoś, kto miał być niespodzianką odebrał Marcus zaczął chodzić i rozmawiać z tym kimś.
Podczas rozmowy uśmiechał się szeroko i flirtował.
Odkładając słuchawkę cmoknął do niej trzy razy i włożył telefon do futerału.
- Za chwilę będzie. Akurat wychodzi ze sklepu.
- Którego?
- Nie będziesz wiedziała. Ale jest tu taki. Z dwieście metrów stąd…
- Aha.
Marcus w pewnej chwili zaczął machać jak opętany.
Skakał, a potem pobiegł w stronę idących tu młodzików.
Wśród nich był dość niski chłopak z piwnymi oczami i wpadającymi w rudy kolor brązowymi włosami.
Uśmiechnął się nieśmiało do niej i ucałował Markusa w policzek.
- To jest mój chłopak Erik McThrop, a to jest moja dziecinka, którą się muszę opiekować Giesselle Simone.
Giess bez mrugnięcia okiem podała rękę chłopakowi i uśmiechnęła się do niego.
- Cześć. Miło poznać - odparła zgodnie z prawdą, bo naprawdę nie miała nic do gejów, a w czasie jej pobytu we Francji polubiła, nieświadomie, jednego z nich.
- Mnie także - powiedział puszczając rękę Giesselle.
- Może już pójdziemy? Nie ma potrzeby przepuszczać więcej osób – stwierdził Marcus.
- Nie ma – zgodziła się Giesselle.
- Ile biletów? – spytała kasjerka.
- Trzy. Dwa ulgowe i jeden normalny… - powiedziała niepewnie i spojrzała na Markusa.
- Zgadza się – potwierdził cichutko Erik.
- 31 euro – powiedziała kasjerka.
Gdy Giesselle sięgnęła do portfela Marcus dotknał jej ręki.
- Ja zapłacę.
- Nie trzeba.
- Ależ tak, jeśli nie chcę by Catherin mnie zwolniła. Sama dała mi pieniądze. Wprawdzie chętnie bym je zatrzymał, ale…
- Wiem. Jest ostra - przerwała mu uzupełniając jego myśli.
- Nie to chciałem powiedzieć.
- Ile jeszcze? Nogi mnie bolą – jojczał Marcus.
- Gdybyś spojrzał do góry, wiedziałbyś, że przed tobą są tylko dwa schodki – powiedziała słodkim głosikiem dziewczyna.
- Naprawdę? – spytał z nadzieją w głosie.
- Tak – odparł zdenerwowany już na niego Erik. – Strasznie wkurza ludzi – mruknął. – Ale całuje doskonale – uśmiechnął się.
- Może kiedyś, gdy już go zostawisz spróbuję, a wtedy powiem ci czy się z tobą zgadzam, czy nie. Zgoda? - spytała przedrzeźniając się z nim. Wciągu tej długiej wędrówki po schodach zdążyła polubić Erika.
- Po moim trupie – zaśmiał się.
- Dobrze. I tak mi na nim nie zależy. A na razie powiedz mi co teraz jest mo… Rany koguta – powiedziała po polsku – ale tu pięknie.
- Co? Rany koghuta? Co to znaczy?
- To takie powiedzenie. Mówi się tak gdy jest się na przykład czymś bardzo zaskoczony.
- A ty jesteś? - spytał.
- No pewnie! Przecież nie zawsze jest się na wieży.
- Kiedyś się przyzwyczaisz.
- Kiedyś na pewno…
- I co podoba ci się? - spytał Marcus, chcąc zwrócić na siebie uwagę.
- Jeszcze się pytasz! Pytasz! – poprawiła się z akcentem.
Przed nią rozciągał się cudny widok Paryża.
Uliczki rozciągały się w kształty przypominające ślimaki, a zieleń co jakiś czas przebijała się przez szarość budynków, a całości wesołość dodawało niebo, które pod wpływem zachodu słońca mieniło się w różnych kolorach.
Stali tak obserwując jak całe miasto ożywa wraz z nastaniem wieczoru.
Ludzie zapalali w domach światła, na ulicach zapalały się reklamy, a chodniki pęczniały od ludzi wychodzących lub wchodzących do kin i teatrów.
Giesselle stwierdziła, że nigdy nie zapomni tego widoku.
09.06.1528 r. Miejscowość na terenie dzisiejszego Krakowa.
Wyspa otoczona niewidzialną powłoka płynęła w dół rzeki co jakiś czas unosząc się nad ziemią, aby przelecieć do kolejnej rzeki. Płynęła ona bardzo szybko, ale jasnooka i wilk nie czuli tego.
Były to czary.
Czary jakich nikt nigdy nie zaznał.
Nie było to Salem, w którym zabito niewinne osoby, które były roztrzęsione, a nie, nawiedzone.
Gdy słońce zaszło poza linię horyzontu dziewczyna wtuliła się w zwierzę i usnęła.
Śniła jej się dziewczyna trzymająca w ręku coś dziwnego.
Przykładała do tego ucho i rozmawiała przez to.
Na jej twarzy było widać wyraźny strach, który tak bardzo usiłowała ukryć.
Jej oczy były rozbiegane i nie wiedziały na czym się zatrzymać.
Stała ona przed jakimś zamkiem, przed którym stał jeden lub kilka trójkątów.
Mogło to być szkło lub diament, ale nie była pewna.
W pewnym momencie dziewczyna spojrzała jej w oczy.
Tamta miała szare oczy wpadające w odcień błękitu. Oczy te były małe, ale przenikliwe.
Czarownicę podczas snu przeszył dreszcz.
Ta jedna sekunda ciągnęła się w nieskończoność, aż w końcu szarooka odwróciła się i zaczęła zmierzać w kierunku wejścia do zamku.
Po drodze wypuściła z rąk dziwne coś i zaczęła biec, a na ziemi, po której biegła zostawały mokre ślady.
Ślady łez.
Jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki czarownica wstała cała zlana potem budząc wilka.
Ten popatrzył na nią groźnie, lecz, gdy zobaczył jej łzy zamachał kilka razy przyjaźnie łapą i polizał ją po twarzy.
Dziewczyna szybko otarła łzy z twarzy, uśmiechnęła się do zwierzęcia i delikatnie go pchnęła aby się położył.
- Już północ, prawie pełnia, idź spać.